piątek, 29 stycznia 2016

Golden Rose Velvet Matte nr 02 i 12 - pomadki na szóstkę?

Cześć, cześć! :)
Ostatnie 3 dni są bardziej produktywne niż całe 2 tygodnie ferii. :D W końcu się zmobilizowałam i usiadłam do chemii przerabiając przy tym cały dział poświęcony pochodnym węglowodorów (matko, musiałam aż się przespać z estrami, bo mój mózg przestał chyba pracować :D). Z niemieckiego też nareszcie coś ruszyłam, bo pouczyłam się trochę słówek, pogadałam sama do siebie i zaczęłam powtarzać rekcję. Przeczytałam też pierwszy rozdział lektury na polski - brawo ja! :D
W ferworze pakowania na wyjazd zapomniałam zabrać ze sobą aparat, więc musiałam improwizować z moim telefonem - myślę, że wyglądają całkiem nieźle mając na uwadze fakt, że wszystkie zdjęcia prócz ust były robione przy sztucznym świetle, ale ocenę pozostawiam Wam. :) Niestety mam ważenie, że jakość zdjęć po wgraniu się popsuła - czy to wina Bloggera czy jakość jest do niczego? :D
Kilkanaście dni temu w ulubieńcach roku pokazywałam Wam matowe pomadki Golden Rose z serii Velvet Matte. Swoją pierwszą sztukę w kolorze 02 dostałam od Fram w ramach Mikołajek, natomiast numer 12 kupiłam sobie sama jakiś czas temu na Ladymakeup. Jeśli jesteście ciekawi, jak te kolory prezentują się na moich ustach i czy mam jakieś zastrzeżenia co do samych produktów to czytajcie dalej. :)
Opakowania Velvet Matte są całkiem normalne za wyjątkiem ich naprawdę fajnego sposobu otwierania - skuwki delikatnie zsuwają się do końca i twardo siedzą na swoich miejscach, nie przemieszczając się nawet podczas podróży.
Jak pewnie zauważyłyście na zdjęciach te same produkty mają różne loga, ale wynika to po prostu ze zmiany, jaką przeprowadziła firma Golden Rose. :) Mi zarówno jedno, jak i drugie się podoba.
O zapachu chyba nie warto wspominać, bo nie zwraca na siebie większej uwagi - taki ot, szminkowy, ale nie babciny, mniej nachalny po prostu. Niestety, muszę przyznać z bólem serca, że nie są to najsmaczniejsze pomadki na świecie :D Nie wiem nawet, jak określić ich smak - mocno słodkawy połączony ze smakiem szminki. Niezwykle charakterystyczny i z tym przede wszystkim kojarzą mi się Velvet Matte. :D
Rozpisałam się o smaku, ale to przecież działanie jest najważniejsze! Aplikacja szminki na usta jest niezwykle prosta i bezproblemowa. Sztyft gładko po nich sunie, ale trzeba uważać, aby nie wyjechać poza kontur ust, co przy matowych pomadkach jest bardzo widoczne. Jeśli szybko poprawicie niewielki błąd to nie będzie śladu, ale trzeba to robić bardzo sprawnie, ponieważ pigment łatwo wgryza się w usta i gdy już do tego dojdzie to tylko płyn do demakijażu sobie z tym poradzi. :)
Według producenta są to produkty matowe, ale moim zdaniem ich wykończenie jest satynowe W KIERUNKU matowego. Nie są tępe (choć pierwsze 2-3 użycia zwiastowało coś zupełnie innego), a usta po ich noszeniu nie wyglądają jakoś szczególnie źle (ale przyznaję bez bicia, że nie używam ich codziennie). Ich niezwykła kremowość przekłada się na komfort noszenia. Pomadki nie wylewają się poza kontur ust, nawet ten ciemniejszy kolor. :)
Co z ich trwałością? Jest naprawdę dobra, szczególnie numer 12 trzyma się dość długo na ustach. Podczas jedzenia zjada się pierwsza warstwa, ale pigment ciągle pozostaje. :) Musicie jednak wiedzieć, że całodziennej/całonocnej imprezy nie wytrzyma. Poprawek bez lusterka w przypadku 12 bym nie proponowała, z 02 może się to udać nawet w "polowych" warunkach. :D
Od góry: 02,12
Golden Rose Velvet Matte 12 to mój niekwestionowany ulubieniec okresu jesienno-zimowego. W tonacji kolorystycznej przypomina mi poniekąd Rimmel nr 19 z serii Kate Moss z tą różnicą, że Rimmel był zdecydowanie mniej trwały. :) Zdjęcia w pełni nie oddają uroku tego koloru, na żywo ładnie podkreśla kolor moich włosów i oczu - mam wrażenie, że idealnie pasuje do mojej urody. :D
02 to brudny róż, idealny dzienny kolor. W żadnym wypadku nie jest trupi i przy mojej karnacji wygląda dość naturalnie. :)
O czym jeszcze nie wspomniałam? Zdecydowanie o ich cenie, która wręcz szokuje, jeśli zestawimy ją z jakością, jaką otrzymujemy. Za 4,2 g szminki płacimy około 13 zł. Velvet Matte możecie kupić w sklepach stacjonarnych, na ich firmowych wysepkach, w internecie czy też w małych, osiedlowych sklepikach :)
Moim zdaniem Velvet Matte to genialny produkt za stosunkowo niską cenę. Szkoda tylko, że w moim mieście nie ma ich stoiska, bo na pewno więcej produktów Golden Rose znalazłoby się w mojej kosmetyczce. :)

Na pewno znacie te pomadki, ale czy używałyście już ich? Jaki jest Wasz ulubiony kolor? :)
Pozdrawiam, 
Fabryczna :)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Film, literatura, muzyka - najlepsi z 2015 roku.

Heej! :)
W niedzielę popołudniu wróciłam z mojego jakże krótkiego wyjazdu do Warszawy, gdzie trochę pozwiedzałam oraz zrobiłam dość spore, jak na mnie, zakupy w Bath&Body Works (na co mi dwie mgiełki?! :D), ale była promocja. :D Na całe szczęście nie zapomniałam zaopatrzyć się w drewniany grzebień The Body Shop, który miałam kupić już w zeszłym roku, ale jak zwykle wyleciało mi to z głowy. :D
Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić moich kulturalnych ulubieńców. Zabiorę Was w podróż po najlepszych filmach, książkach, a na koniec zahaczymy o muzykę, która w tym roku kręciła się głównie wokół jednego tematu...
W tym roku obejrzałam zadziwiająco dużo komedii i to właśnie one królują w tegorocznym zestawieniu filmowym. Bardzo lubię i cenię sobie horrory, ale w tym roku nie widziałam nic, co byłoby warte uwagi (niestety ciężko jest przebić "Obecność").
Na samym początku roku razem z kolegami wybraliśmy się na "Agentkę". James Bond w wersji kobiecej z ogromnym wątkiem komediowym. Jeśli cenicie sobie filmy akcji, ale niekoniecznie zrealizowane "na poważnie" to będziecie zadowolone. Warto być jednak przygotowanym na pewną dozę sprośnych dowcipów, ale nie są one zbyt głupkowate czy wręcz żałosne. Z całego filmu najbardziej rozbawiła mnie ostatnia scena nad Balatonem - jeśli chcecie wiedzieć, o co w niej chodziło to koniecznie obejrzyjcie tę pozycję! :) 
" 21 Jump Street" opowiada o dwójce policjantów, którzy muszą w ramach swojego zadania, wrócić do liceum i rozpracować mafię sprzedającą narkotyki. Humor w tym przypadku jest dość specyficzny, czasami mocno młodzieżowy, więc nie warto nastawiać się na kino wysokich lotów. Najbardziej w tej pozycji podobało mi się tłumaczenie, jakie znalazłyśmy razem z koleżanką  - co chwila wybuchałyśmy śmiechem! :D
Kolejny film to nietypowa komedia oraz równie nietypowa produkcja. "Dzikie historie" opowiadają historie 6 różnych ludzi, którzy mają jedną cechę wspólną - pewnego dnia każdemu z nich "odbija", puszczają im nerwy i postanawiają się zemścić oraz rozładować wszystkie złe emocje siedzące w ich wnętrzu.  Na Filmwebie film ten został zaklasyfikowany jako czarna komedia i całkowicie zgadzam się z tym. :) Z jednej strony są śmieszne (najlepsze opowieści to moim zdaniem pierwsza w samolocie oraz ta z gościem w samochodzie, ale wesele też było świetne :D), ale z drugiej możemy dostrzec prawdę życiową, która nie do końca podana jest wprost. :) Warto obejrzeć i nie zniechęcać się brakiem akcji - na końcu KAŻDEJ historii dzieje się coś WOW. :D
Jeśli miałabym Wam porównać do czegoś "Upiorną noc Hallowean" to byłoby to zdecydowanie American Horror Story. Ten sam poziom dziwności, momentami zniesmaczenia czy porządnego zdziwienia. Nie jest to klasyczny horror, więc nie ma się tam praktycznie czego bać. :D Nie znajdziecie też tam wartkiej akcji z umierającymi ludźmi czy jakimiś krwawymi jatkami. Film na pewno docenią osoby, które lubią mroczny i specyficzny klimat. :) A o czym jest ta produkcja? Przedstawia ona, podobnie jak "Dzikie historie", kilka historyjek, ale luźno ze sobą powiązanych, wzajemnie się przenikających, które genialnie się uzupełniają tworząc kawał naprawdę dobrego filmu trwającego zaledwie godzinę i dwadzieścia minut. Przez ten czas na ekranie znajdziecie dwie siostry, zaginiony autobus, dziewczynkę zbierającą dynie, stracha na wróble czy gościa zakopującego innych w ogródku! :D
A teraz idziemy w zupełnie inną stronę i zupełnie inny gatunek. Jakiś czas temu przez przypadek na HBO trafiłam na film "Życie jest piękne". Lekko zniechęciłam się rokiem produkcji, ale, że fabuła zahaczała o temat, którym się interesuję to postanowiłam mimo wszystko obejrzeć. TO JEDNA Z LEPSZYCH FILMOWYCH DECYZJI, jakie podjęłam w tym roku! :D "Życie jest piękne" to film oscarowy, zakwalifikowany do komedii oraz opowiadający historię związaną z... holocaustem. TAK, dobrze przeczytaliście - holocaust i komedia. Komedia i holocaust. Obóz koncentracyjny i śmiech. Zabawa i obóz śmierci. Brzmi paradoksalnie? Może i tak, ale to genialna produkcja przedstawiająca historię ojca, pół-Żyda, który pewnego dnia wraz ze swoim synem zostaje wywieziony do obozu koncentracyjnego. Mężczyzna, nie chcąc, aby syn poznał prawdę, udaje, że wszystko, co go otacza to tylko gra dla dorosłych i gdy tylko ją wygrają to uciekną stąd. Film zabawny, ale wiecie, w ten inny sposób - coś w stylu śmiechu przez łzy. Dodatkowo jest wzruszający, szczególnie końcówka. To piękna historia o ojcu, który był gotowy poświęcić wszystko dla swojego syna, byle ten szczęśliwie przeżył swoje dzieciństwo. Pozycja obowiązkowa!
Jedynym polskim filmem znajdującym się w tym zestawieniu został "Carte Blanche". Wahałam się również między "Karbalą" a "Listami do M.", ale to film Jacka Lusińskiego zrobił na mnie największe wrażenie. Film wzruszający, opowiadający o nauczycielu historii, który powoli, acz systematycznie traci wzrok. Genialna rola Chyły, ale jeszcze bardziej spodobała mi się postać Klary. :) Warto zobaczyć! ;)

W roku 2015 przeczytałam równo 30 książek, co uważam za dość mocno przeciętny wynik, który  w tym roku chciałabym przebić. :D Spośród tych pozycji wybrałam 5, które na dłużej wwierciły mi się w mózg i do których chętnie bym wróciła. :)
Zdecydowanie odkryciem i największym hitem 2015 roku została seria "Czas Żniw" złożona z jak na razie tylko 2 tomów - "Czas Żniw" oraz "Zakon Mimów". Samantha Shannon, młoda 23-letnia pisarka, ma zamiar napisać jeszcze 5 pozostałych tomów, a najnowszy, trzeci, ma mieć swoją premierę DOPIERO w listopadzie, nad czym bardzo, bardzo ubolewam (bo już mi brakuje Naczelnika! :D). Planowane jest również nakręcenie filmu na podstawie tej serii, więc zapowiada się naprawdę ciekawie, choć boję się, że ktoś to może porządnie zepsuć. :D Dobra, ja tu się rozpisuję, ale o czym jest ta historia? Ciężko jest mi to opowiedzieć, ale głównym tematem jest jasnowidztwo, które w 2048 roku zostało zakazane i traktowane jest jako choroba, coś, co trzeba wytępić. Pierwszy tom skupia się na zapoznaniu czytelnika z realiami świata oraz opisem pobytu Paige, głównej bohaterki, w kolonii karnej Szeol I. Drugi natomiast to głównie polityka, spiski, szantaże i tym podobne. Najlepsze w tej serii jest to, że drugi tom trzyma poziom pierwszego, jak nie podniósł poprzeczkę! Mam nadzieję, że Shannon nadal będzie trzymać ten poziom. ;) RECENZJĘ ZNAJDZIECIE TUTAJ.
"Złodziejka książek" na tle innych pozycji wyróżnia się nietypowym narratorem, którym jest Śmierć. Opowiada ona historię dziewczynki, tytułowej złodziejki książek, która miała umrzeć, lecz wyrwała się szponom śmierci i od tej pory trafia do nowej rodziny, w której rozpoczyna nowe życie. Na świecie trwa właśnie II wojna światowa, która zbiera ogromne żniwo. Ukrywanie Żydów jest zakazane, lecz nie wszyscy się do tego ustosunkowują... "Złodziejka książek" to niezwykła książka, która niesamowicie mnie wzruszyła na samym końcu, gdzie rozpłakałam się ze względu na zakończenie. Niezwykle smutne.
"Will Grayson, Will Grayson" to, śmiem powiedzieć, najlepsza książka Johna Greena pisana wspólnie z Davidem Levithanem (po pewnych przemyśleniach stawiam ją na równi z "Gwiazd naszych wina"). Jest to dość specyficzna pozycja ze względu na wątek związków homoseksualnych, który osobiście bardzo mi przypadł do gustu. :) Oczywiście poruszony został również temat poszukiwania swojego "ja" oraz przyjaźni. :)
 
Niezwykle mroczna i klimatyczna powieść polskiej autorki Joanny Bator doczekała się krótkiej recenzji na moim blogu. Opinię o genialnym "Ciemno, prawie noc" możecie przeczytać tutaj.
W tym roku sięgnęłam również  po mój pierwszy "rasowy" kryminał, więc również postanowiłam tutaj go umieścić. Mówię o "Synie" Jo Nesbo, o którym możecie poczytać TUTAJ. 


Źródło
W muzyce mogłabym pokazać Wam moją playlistę ulubionych piosenek ubiegłego roku, ale szczerze mówiąc to cały rok upłynął przede wszystkim na słuchaniu mojego najnowszego odkrycia, a jest nim zespół Florence&The Machine. Zakochałam się w głosie Florence, niezwykle mocnym, genialnym, cudownym! Teksty większości piosenek trafiają do mnie, a najnowszą płytę, którą otrzymałam na święta, zdążyłam już kilkanaście razy przesłuchać. Moimi ulubionymi piosenkami na ten moment są: "Queen of peace", "What kind of man"  oraz tytułowa "How big, how blue, how beautiful". :)


Wyszedł mi kilometrowy post i mam nadzieję, że dałyście radę przeczytać choć kawałeczek. :D Co Was najbardziej urzekło w tym roku, jeśli chodzi o te 3 kategorie? Może również robiłyście takie roczne podsumowania? :)
Pozdrawiam, 
Fabryczna :)
P.S Wszystkie zdjęcia plakatów filmowych pochodzą z Filmwebu, a okładek książek - Lubimyczytac.pl
P.S2 Coś mi się popsuło z obrazkami na początku postu - nie mogę ich wypośrodkować. -.- 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Kosmetyczni ulubieńcy 2015 roku - pielęgnacja. :)

Heeej! :)
Taaak, nareszcie nadeszły wyczekiwane ferie. :D Przez najbliższe dwa tygodnie mam zamiar czytać, spędzić więcej czasu w blogosferze, czytać, jeździć na sankach, czytać i uczyć się na nadchodzące konkursy. :D Ambitnie zabrałam się właśnie za drugą część Władcy Pierścieni, co zresztą mogłyście zobaczyć na Instagramie (jestem tam o wiele częściej niż na FB czy tutaj! :D). Chciałabym przez te wolne dni skończyć Dwie wieże, a najlepiej być już w połowie ostatniego tomu - nie wiem, czy nie będą to plany na wyrost. :D Cóż, dzisiaj nie o książkach w każdym razie. :D Zapraszam Was do zapoznania się z ostatnią częścią kosmetycznego podsumowania 2015 roku. Dzisiaj skupię się na produktach pielęgnacyjnych. Większość z nich używam już od dobrych kilku miesięcy i sprawują się bez zarzutu, więc mogę Wam je polecić z czystym sumieniem. To jedziemy! :)
W pielęgnacji twarzy jestem dość monotonna. Od roku używam rumiankowej emulsji do mycia twarzy z Alverde i aktualnie w mojej łazience stoi 3 opakowanie (o ile nie pomyliłam się w liczeniu :D). Nie wyobrażam sobie zamiany tego produktu na cokolwiek innego, jest niezwykle delikatny, nie podrażnia i nie wysusza cery (choć miejcie na uwadze to, że mam cerę mieszaną :) ). Domywa resztki makijażu (oczu też). :) Po prostu geniusz w swojej kategorii,a więcej na jego tematu możecie poczytać TUTAJ.
A czym zmywam swój makijaż? Równie długo jak emulsji używam płynu micelarnego z Garniera w wersji dla skóry wrażliwej i powiem tak - usuwa wszystko to, czego najczęściej używam, czyli tuszu do rzęs, korektora i pudru. Z podkładem czy cieniami również daje sobie radę, ale nigdy nie miałam kosmetyków wodoodpornych, więc w tej w kwestii się nie wypowiem. Moją recenzję możecie znaleźć TUTAJ.
Na koniec zostawiłam sobie produkty stosunkowo najnowsze. W marcowej recenzji matująco-nawilżającego kremu z Tołpy pisałam Wam o zmianie składu produktu. Byłam nią trochę (nawet bardziej niż trochę :D) przerażona, bo dodano m.in. alcohol denat., z którym nie miałam najlepszych wspomnień. Na szczęście moje przypuszczenia były bezpodstawne i druga, tzw. "nowa wersja" była całkiem spoko, ale i tak wróciłam do tej pierwszej, bez poprawek. :) Gdzieś w październiku otworzyłam kolejny krem tej firmy, tym razem matujaco-korygujący i to jest to! Z całej trójki zdecydowanie najbardziej jego polecam, szczególnie na okres wiosenno-letnio-jesienny. Na zimę sięgnęłabym po pierwszą pozycję ze względu na większe właściwości nawilżające. :)
Ciało i włosy postanowiłam zebrać na jednym zdjęciu, gdyż nie za wiele tego mam. Jak widzicie w zestawieniu nie znalazł się żaden żel pod prysznic ani szampon z prostego powodu - są to produkty, które często zmieniam, rzadko kiedy trzymam się jednego,a  dodatkowo nie są one jakoś szczególnie "odkrywcze". Jasne, chętnie w tym roku sięgałam po żele Balea, ale po prostu je lubię, to nie jest żadne "woooow" czy coś. :D Natomiast zachwyt wywołują u mnie nadal masła The Body Shop. Na zdjęciu widzicie dwie najlepsze wersje, jakie do tej pory używałam - papaję oraz masło shea. Łączy je bardzo zwarta, prawdziwie maślana konsystencja (masło masłu nie równe jeśli chodzi o TBS, lubią różnić się konsystencją) przez co świetnie nawilżają skórę po kąpieli czy prysznicu. Zapach w przypadku papai utrzymuje się bardzo długo, ale nie jest nachalny. :) Produkty są w miarę wydajne, ale "nie dłużą się" jakoś szczególnie - nie zdążycie się nimi znudzić. :) Cóż mogę więcej napisać - uwielbiam masła tej firmy! :D
Jeśli jesteśmy już w temacie wszelakich nawilżaczy to muszę tutaj wspomnieć o Cetaphilu, który w mijającym roku ratowałam mnie wiele razy. Na początku pomógł mi w walce z liszajami i suchymi miejscami w okolicach łokci, potem używałam go na nos, gdy był maltretowany chusteczkami (kaaatar! :D), a teraz zastępuje mi on krem do rąk na moje spierzchnięcia. W każdej z tych ról sprawdzał się wyśmienicie. Cetaphil MD Dermoprotektor to produkt uniwersalny, nadający się w zasadzie do wszystkiego. Jego dokładniejszą recenzję możecie przeczytać TUTAJ. :)
W tym roku zdecydowanym hitem włosowym została rokitnikowa maska Maksymalna Objętość z Natura Siberica. Niestety już powoli się kończy (albo na szczęście, bo czeka na mnie maska z Yves Rocher, której już nie mogę się doczekać!), ale myślę, że jak tylko skończę swoje zapasy to kupię ją ponownie. Świetnie dociąża włosy, ale ich nie obciąża. Sprawia, że są mega miękkie, a do tego całkiem dobrze się układają. Nie niszczy też skrętu włosów, a nawet lekko go podkręca. :D Niestety odżywka z tej serii to jakaś porażka, okropnie przeciąża włosy, które wyglądają po jej użyciu jak niemyte. :( Nie wiem, co mam z  nią teraz zrobić, bo opakowanie ma AŻ 400 ml,a ja chyba nawet w połowie nie jestem. :D
Na urodziny Zaczarowana podarowała mi kurację z olejkiem arganowym 7 efektów z firmy Marion. Szczerze mówiąc, wtedy miałam swojego ulubieńca, który miał zabezpieczać moje końcówki przed uszkodzeniem ( jedwab z Green Phrmacy), ale w końcu się skończył, więc sięgnęłam po ten produkt. I bęc, bum, cyk, to najlepszy wybór był! :D Kosmetyk świetnie, wręcz genialnie pachnie, a do tego naprawdę dobrze spisuje się w roli, jaką dla niego przewidziałam i wyrzucił jedwab z mojej kosmetyczki raz na zawsze. :D
Ostatnią rzeczą, jaką widzicie na zdjęciu jest oliwka Babydream fur Mama, która znalazła się tutaj rzutem na taśmę głównie dlatego, że jest 1000 razy lepsza od wersji dla dzieci w niebieskim opakowaniu. Jeżeli właśnie jej używacie to zaopatrzcie się koniecznie w produkt ze zdjęcia - poczujecie wyraźną różnicę w olejowaniu włosów (a przynajmniej tak było u mnie). :D

Tym oto oliwkowym akcentem kończymy kosmetyczny przegląd hitów zeszłego roku. Znacie coś z tego zestawienia? Co Was najbardziej zainteresowało? :) 
Pozdrawiam, 
Fabryczna :D
P.S Przez urodziny u przyjaciółki gnębię w kółko piosenkę "Super Gut" MO-DO. :D KLIK dla chętnych :D 
P.S2 W ten weekend wyjeżdżam do Warszawy i niestety nie udało mi się napisać niczego na ten weekend. Jest mi bardzo z tego powodu przykro, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. :( Do zobaczenia w poniedziałek! Na pewno będę za to dostępna na Instagramie czy Facebooku, do których linki macie po prawej stronie. :)

wtorek, 12 stycznia 2016

Kosmetyczni ulubieńcy 2015 roku ---> kolorówka

Heeej! :)
Rok 2015 skończył się kilka dni temu, więc aby go podsumować przez styczeń mam w planach dodać wpisy, które zawierałyby różne zestawienia/rankingi związane z kosmetykami, książkami, filmami, muzyką czy po prostu wydarzeniami z mojego życia. :) Mam nadzieję, że się wyrobię, a dzisiaj zapraszam Was do zapoznania się z moimi hitami z kolorówki.  :)
W 2015 roku w porównaniu do 2014 sięgnęłam po więcej produktów z paru przyczyn. Pewnie główną, taką najważniejszą, było wesele, gdzie mogłam trochę zaszaleć i dzięki temu w mojej kosmetyczce zagościłam wiele produktów. :D Przede wszystkim chciałam zadbać o podkreślenie brwi. Z początku używałam cieni Catrice (dalej po nie sięgam, ale zdecydowanie rzadziej), lecz w październiku przerzuciłam się na sławną kredkę do brwi z tej samej firmy w kolorze 030 Brow-n-eyed. Jest genialna! Szybko i dość łatwo mogę nadać kolor i jakiś kształt swoim brwiom (nie jestem mistrzem), które naturalne są dość długie, ale jednocześnie mają pojedyncze luki, gdzie przydałoby się dorysować co nieco. Kolor jest idealny, a jej cena wcale nie zwala z nóg. :D Za swoją zapłaciłam 10 zł w promocji. :)
Skoro mamy już podkreślone brwi to warto by coś zrobić z rzęsami, które w moim przypadku są krótkie, lecz ciemne (brązowe w zasadzie :D Czarny to nie jest), ale co jakiś czas zdarzają się pewne "ubytki", przerwy. W 2015 roku moje serce podbił tusz L'oreal Volume Milion Lashes So Couture, o którym pisałam tutaj. Efekt u mnie nie jest jakiś spektakularny, ale od tego typu produktów oczekuję dobrego rozdzielenia rzęs i w miarę naturalnego wyglądu, a nie teatralnego efektu czy owadzich nóżek. Ważne też, by cały dzień "siedział" na rzęsach, nigdzie się nie osypywał czy odbijał. Ten spełnia wszystkie te warunki, więc bardzo się polubiliśmy, choć od niedawna używam czegoś innego, co może go zdetronizować, ale na razie ciiii. :D
P.S Jeśli chodzi o cienie to namiętnie używam dwóch gagatków z Inglota - cielistego oraz tzw. kawy z mlekiem.
Od kiedy pamiętam pod oczami zawsze miałam widoczne zasinienia i żyłki, które z czasem postanowiłam zakrywać korektorem pod oczy, choć zdarzają się dni, kiedy tego nie robię (bo czasami jest dobrze! :D). Przez chyba cały rok non-stop używałam Maybelline Affinitone nr 2 - kremowy, średnio kryjący i przede wszystkim niezbyt ciężki korektor. :) Nie zbiera się w jakiś pustych załamaniach, nie ciemnieje, po prostu ideał. :) Fakt faktem, jak już wspomniałam, nie kryje super ekstra, ale na moje potrzeby jest wystarczający. :) Aż wstyd, ze jeszcze nie robiłam jego recenzji, skoro zużywam już 2 opakowanie. :D
 W tym roku znalazłam chyba swój puder idealny nr2. :D Jak wiecie do tej pory uwielbiałam używać matującego pudru Sensique, lecz na którejś rossmannowej promocji sięgnęłam po Manhattan Clearface compact powder i przepadłam. To coś jak ulepszona wersja Sensique, bo przede wszystkim zapewnia minimalne krycie, które wystarcza na ujednolicenie kolorytu skóry. :) Mat trzyma przyzwoicie i nie ciemnieje. :) Nie daje też efektu płaskiego matu, wygląda całkiem naturalnie, lecz jest minimalnie bardziej widoczny od Sensique. ;)
 Kolejnym pudrem, który genialnie sprawdza się na różne imprezy czy ważniejsze wyjścia jest Pierre Rene i jego puder ryżowy. Kupiłam go z polecenia Joko i jestem oczarowana! Nigdy nic nie zapewniało matu na twarzy tak długo, jak ten produkt,a dodatkowo świetnie przedłuża trwałość podkładu czy innych produktów, które nakładałam wcześniej. Nie wiem, czy przy dłuższym używaniu  nie wysuszałby cery, ale ja go traktuję jako kosmetyk do zadań specjalnych. Dzięki Joko za polecenie! :D
 Dobra, mamy korektor, puder to i podkład by się przydał. Latem często sięgałam po Rimmel Lasting Finish Nude, lecz na jesień, zimę chciałam coś bardziej nawilżającego i mniej kryjącego. Po przeczytaniu wielu pochlebnych opinii w listopadzie postanowiłam "szarpnąć się" (:D) na Bourjois Healthy Mix w kolorze 51 i stwierdzam, że to najlepszy wybór, jakiego mogłam dokonać! :D Kolor idealny, krycie takie jak oczekiwałam, czyli normalne w kierunku słabego, lecz dla mnie wystarczające. :) Dodatkowo, na co liczyłam najbardziej, podkład lekko nawilża i nie podkreśla suchych skórek (przynajmniej na razie). Z takich mniej ważnych rzeczy muszę koniecznie wspomnieć o pięknym zapachu :D
 A teraz czas na moją ULUBIONĄ część kolorówki, czyli USTA! W tym roku ograniczyłam się do wyboru TYLKO TOP TOP 2, aby zbytnio nie przedłużać, a i późno się robi (poniedziałek, 22:30 :D).
Latem maniakalnie używałam kredek do ust z Bourjois w dwóch kolorach - 03 Orange Punch oraz Fuchsia Libre. Ta pierwsza idealnie sprawdzała się na co dzień, ale po fuksję równie chętnie sięgałam. :) Żadna z nich nie wysuszała ust, fuksja trzyma się minimalnie dłużej ze względu na swój wyrazistszy kolor. :) Więcej możecie poczytać o nich tutaj.
Kolejnym moim hitem z tej kategorii zostały matowe pomadki z Golden Rose. Posiadam dwa kolory: 02, który otrzymałam w zeszłe Święta od Fram (:*) oraz 12, który kupiłam na początku grudnia z myślą o okresie bożonarodzeniowym. :) Czym te szminki mnie urzekły? Przede wszystkim są niezwykle kremowe i genialnie suną po ustach. Bardzo komfortowo się je nosi, nie wylewają się poza kontur ust. Wytrzymują względnie długo i równomiernie się zjadają. Chyba przygotuję dla Was ich dokładniejszą recenzję, bo zakochałam się w tych kolorach i samych pomadkach - przede wszystkim hit zimy! :D

I tak oto przedstawiłam Wam  moje kolorówkowe hity 2015 roku, których było naprawdę bardzo dużo. Pielęgnacja zapowiada się na jeszcze obszerniejszą, ale postaram się również ograniczyć do top-topu, by Was nie zanudzić przypadkiem. :P
Czy znacie któryś z tych kosmetyków? Czy Wasze opinie pokrywają się z moim czy może wręcz przeciwnie - to dla Was kompletne niewypały? :) 
Pozdrawiam późną porą,
Fabryczna :D

Etykiety

-40% -49% #100happydays 20 twarzy... AA akcja Alterra Alverde ankieta astor Avon Babydream Balea bardzo dobry Bath&Body Works baza pod cienie baza pod makijaż baza pod tusz BeautyBlender Bell Benefit Biedronka Bielenda Biolaven Organic Bioliq Biotanic bitwa Blistex blogerka kosmetyczna błyszczyki Boti Bourjois Boże Narodzenie bubel bzdety CandA Carmex Catrice Cetaphil cienie do powiek cień w kremie Cleanic Color Tattoo coś innego Czas Żniw Cztery Pory roku Czytelniczy zakamarek książkowy debiut demakijaż denko Dermika deser dłonie DM Dove dwufazowiec dzieciństwo Dzień babci i dziadka Dzień Dziecka ekobieca ekstrakt z banana emulsja Epikbox Essence Eveline Evree Facebook Farmona FC Bayern film filmiki Fusswohl Garnier gazetka gąbeczka do makijażu genialny Gliceryna Golden Rose Green Pharmacy Hakuro HandM Healthy Mix hebe hydrolizat keratyny Hypoallergenic idealny na lato informacja Inglot inne inne blogi Isana jedzenie Joannna John Green Joko kakao Kamill kamuflaż kino Kobo kolorówka korektor kosmetyczka kotek kredka do ust krem do rąk krem do stóp krem do twarzy krem pod oczy krzywe paznokcie lepiej nie patrzeć książka książka czy film kultura KWC L'biotica l'oreal lakier do paznokci Lirene lista Lovely małe co nieco małe informacje Manhattan Marion maseczka masełka maska maska własnej roboty masło maxfactor Maybelline mgiełki Mikołajki mini-recenzje minti shop. Zoeva Miss Selene Miss Sporty Mizon mleczko pszczele Montagne Jeunesse mój pierwszy raz mus do ciała muzyka My Secret nagrody najlepsi z najlepszych Nakręćmy się na wiosnę Natura Natura Siberica nic Niebanalne podsumowanie Nivea nowa kolekcja nowe książki nowy wygląd o mnie odkrycie roku odżywka odżywka do rzęs odżywka w sprayu olejek olejek do włosów ołtfit Organic Shop Organique Oriflame Original Source Orly Orsay OSZUSTKA P2 Pantene paznokcie Paznokciowy Team peeling Pepco Perfecta pędzle pianka do mycia ciała piaskowy pielęgnacja pielęgnacja twarzy pielęgnacja włosów Pierre Rene Pilomax płyn micelarny po raz drugi Podaruj Paczkę podkład podsumowanie pomadka porównanie postanowienie powitanie Poznaj Fabryczną! prawie debiut prezent promocja promocje przesyłki puder recenzja recenzja książki rimmel Rival de Loop Rossmann rozdanie rozświetlacz różne sally hansen Samantha Shannon saszetka Schauma Sekret Urody Sensique Serum siemię lniane słodycze Soraya stopy Super-Pharm Synergen szablon szampon szminka Święta Tag taka radość że hoho tanie a dobre The Body Shop The Sims 4 The Versatile Blogger Tkmaxx Tołpa ToniandGuy tonik tort tusz do rzęs Tutti Frutti twarz ubrania ulubieńcy roku ulubiona książka ulubione blogi ulubiony produkt Under20 urodziny Wet N Wild Wibo włosowe zdjęcia włosy wow zdążyłam na czas wszystko co lubię wycofywane produkty wygrana wyniki wysuszacz do paznokci/lakieru wyzwanie wzorek Yoskine YouTube Yves Rocher z życia wzięte zabawy zakupy zapowiedź zdobienie Ziaja Zoeva żel do mycia twarzy żel pod prysznic życzenia
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka